wtorek, 5 marca 2013

Zużycia styczeń-luty

Jest słońce, jest chwila czasu, są zdjęcia! :)

Chociaż denko zwykle robię w połowie miesiąca, kiedy cała fala już przejdzie to tym razem po prostu czekałam aż kilka produktów się skończy. Doczekałam się.
Co się skończyło?


Po kolei:





W kategorii włosy - skończyłam niedawno pić pokrzywę, teraz robię sobie przerwę, ale na pewno do niej wrócę.
Oprócz tego w końcu skończyła mi się maska Kallos, do której nie wrócę w najbliższym czasie i szampon z Barwy Zielone Jabłuszko - dobre, tanie szampony, przy okazjonalnym używaniu zyskują na wydajności ;)






Zużycia kosmetyków do pielęgnacji ciała może nie prezentuje się okazale, ale zużyłam każdą z małych podkategorii :)
Żel Isany Figa-Pomarańcza - ten akurat nie porywał zapachem, za to wydajność miał niezłą,
Balsam do ciała z różowym pieprzem - bardzo przyjemny, bardzo możliwe, że do niego wrócę, kiedy wzrośnie moja aktywność fizyczna (roweeer już niedługo!),
Krem matujący Barwa Siarkowa Moc -używałam go pod makijaż, pudrując tylko z wierzchu. Na razie chyba jednak od niego odpocznę.
Peeling do ciała Fruttini Czekolada i żurawina - im mniej go zostawało tym łatwiej się używało, bo w końcu nie był suchy jak piasek... był jak mokry piasek - zapach idealny na zimowe wieczory :)
Rexona w sztyfcie - mój ulubiony antyperspirant - skuteczny, wydajny, jeszcze mnie nie zawiódł.
Pasta do zębów - wiecie jak trudno jest zużyć 125 ml pasty do zębów jednej osobie?! ;)

Skończył się mój ulubiony zmywacz do paznokci Isana (już mam kolejną butlę) i odżywka do paznokci z Eveline (też będzie recenzja).
Do lakieru z Catice straciłam cierpliwość, bo nie chciał zasychać, a tusz z Hean i Masterpiece Max się po prostu skończyły (no dobrze, drugi się skończył, a pierwszy wysechł).
Zużyłam też opakowanie płatków z Biedronki Carea - do twarzy - super, ale do zmywania paznokci nie sprawdzają się zupełnie!


A jak u Was ze zużyciami? :)

Nie ustaję w zużywaniu zapasów. Rossmanna lub inną drogerię odwiedzam tylko wtedy, gdy faktycznie coś się skończy, a było produktem pojedynczym (są wyjątki. takie małe, o których będzie w poście  nowościami ;)) . Widzę postępy - na półkach i w portfelu :)

wtorek, 26 lutego 2013

Ukłon w stronę natury 2 - żel lniany i mgiełka aloesowa - ujarzmić puch!

Chyba każda posiadaczka włosów wysokoporowatych zna ten obraz w lustrze, kiedy umyte włosy są piękne i gładkie, a w miarę wysychania robi się puch. I to taki, który ciężko jest ogarnąć.

Ile to razy piękna, lśniąca tafla dziewczyn o włosach niskoporowatych zachwycała (chyba każdą z nas :)). A u mnie nie dość, że włosy blond, to jeszcze jak na złość uwielbiają się puszyć.

Próbowałam różnych metod ujarzmienia - od tych powszechnych przez mniej typowe, aż do naturalnych. Jakie były efekty?

Pianka - raczej sklejała włosy, a jeśli już podkreśliła fale to na krótko, włosy wciąż się puszyły.
Lakier - sam w sobie puchu nie ogarnie.
Produkty do stylizacji na ciepło - no effect.

Jedwab Biosilk - wysuszał!
Krem do rąk z Biedronki (słynny zielony wycofany już krem) - ujarzmiał? Tak, ale nietrwale i na krótko. Jednak to przy nim po raz pierwszy moje włosy zostały ogarnięte. Zaplecione w warkocz, po rozpuszczeniu trzymały kształt i nie wyglądały jak grzywa pudla.
Oil Miracle - na początku działała siła sugestii. Działał, ale obciążał włosy. Zresztą to same silikony, a moje włosy za nimi naprawdę nie przepadają (obecnie wykluczyłam je całkowicie z pielęgnacji i kłaczki mają się świetnie!)

W czasie wakacji i promocji w SuperPharm nabyłam sok z aloesu (9,99zł). Litrową butlę.
Otworzyłam ją dopiero w okolicach grudnia, ze świadomością, że trzeba ją opróżnić dosyć szybko.
Trochę wypiłam. Trochę przelałam do buteleczki z atomizerem. Miały być płukanki, ale ten zabieg do mnie nie przemawia.


Mamy więc już buteleczkę z atomizerem.


Niewiele później kupiłam siemię lniane (ok. 4 zł), aby walczyć o długość. Piłam przez tydzień i zrezygnowałam. Siemię leżało.


Jakiś miesiąc temu po raz pierwszy zrobiłam żel lniany (gotowanie ziarenek przez około 15 minut). Przelałam do buteleczki z pompką.

Obok buteleczki z  atomizerem  mamy drugą - z pompką.


Nie ruszam się bez nich z Wrocławia. 
A moje włosy nie pamiętają co to jest "bad hair day".

Bywa, że włosy, nawet po użyciu odżywki są napuszone. Albo nie mają ochoty się układać. Wtedy najpierw spryskuję czuprynę sokiem z aloesu. Wygładzam rękoma.
Jeśli danego dnia są wyjątkowo oporne to przed psikaniem nakładam na nie jedną pompkę żelu aloesowego (pompka ułatwia dozowanie!). Zwykle na tym etapie ugniatam też moje fale.
Czasem zaplatam je na chwilę w warkocz, a po rozpuszczeniu...
...są miękkie, lśniące, trzymają kształt, nie są napuszone, ale też nie są obciążone (mówi się chyba "dociążone")

W drogeriach szerokim łukiem omijam już kolejny dział. I oszczędzam na produktach do stylizacji ;)
Każdemu, kto nie próbował - polecam. Nie zamienię tego sposobu na żaden inny :)

Próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie, które pokaże różnicę...
Mam nadzieję, że widać, że włosy kręcą się według własnego widzimisię - po lewej. Po prawej dla przypomnienia jak to wygląda teraz :)





Jakie są Wasze sposoby na ujarzmienie włosów? :)

PS Nie da się nie zauważyć, że bywam tutaj ostatnio coraz rzadziej. Przyczyna jest prosta - nauka. Powiecie, że sesja się skończyła, nowy semestr dopiero co zaczyna, więc czego tu się uczyć?
Prawda jest taka, że sesja to nic w porównaniu z ilością nauki jaką teraz mam na co dzień (wszystkiemu winna reforma!)... A ponieważ za parę lat chcę być dobrym lekarzem (a za kilka miesięcy mieć spokojne wakacje) - wybaczcie mi jeśli nie będę pisać regularnie. Wolę jednak pisać rzadziej, ale konkretnie niż co chwilę posty bez treści. 
Dziękuję, że jesteście! :)
A wszystkim, które zastanawiają się czy zaczynać medycynę... Jeśli są takie to może kiedyś napiszę o tym parę słów :)

niedziela, 24 lutego 2013

Zostawił nam swój kolorowy pomnik...

... w wieku 58 lat zmarł wczoraj Wojciech Inglot - założyciel i właściciel znanego nam wszystkim INGLOTA.

>źródło<

Miałam dzisiaj robić uaktualnienie zawartości palety cieni (tych właśnie cieni), ale poczekam z tym jeszcze chwilę.

To nie jest wiek na umieranie.
Niech jego kolorowy pomnik przypomina nam, że w życiu trzeba mieć odwagę by zacząć budować wszystko od zera, sygnując własnym nazwiskiem zbudować potęgę.

Kondolencje dla Rodziny.

piątek, 22 lutego 2013

Kwestia wykończenia - top coat Poshe

Widać, że zbliża się wiosna.
Za oknem sypie śnieg, wieje mroźny wiatr. Ale dzień się wydłuża!
Przede mną pracowity weekend, ale zanim nadejdzie - recenzja dla Was.

Pamiętacie, jak w lipcu pisałam o SV? Kiedy się skończył postanowiłam spróbować czegoś nowego. Padło na top coat Poshe - mniej znany, nieco francusko brzmiący kolega SV. Jak wypada w porównaniu?
Zapraszam :)

Słowem wstępu powiem tylko, że  paznokcie mam pomalowane na okrągło - zmywam lakier kiedy zaczyna wyglądać źle (odstaje, odpryśnie...), bo mam fioła na punkcie ładnie pomalowanych paznokci. Do tej pory nie wiem jak mogłam żyć bez wysuszacza lakieru - paznokcie miały odbitą fakturę ubrań, pościeli, włosów... Topu używam do każdego malowania paznokci :)





Poshe, Fast Drying Top Coat - Szybkoschnący utwardzacz do lakieru

>link do KWC<





Producent:
 Po kliknięciu zdjęcia się powiększą :)

Techniczne:
1. Opakowanie - zgrabna buteleczka mieszcząca 14ml. Pędzelek nie jest ani szeroki ani wąski - aż chce się powiedzieć "w sam raz" :)


2. Konsystencja i zapach - nie posiadam małej buteleczki jak w przypadku SV, więc zmuszona jestem korzystać z dużej buteleczki. Mimo to top wciąż ma tą samą - rzadką konsystencję (jak Vite na początku, kiedy przelewałam go do małej buteleczki). Pachnie nieco inaczej niż lakier, ale nie jest drażniący.

(robią mi się zaspy na balkonie :/)

3. Wydajność - zużycie widoczne na zdjęciu powstało po niespełna dwóch miesiącach.

skład i zużycie na jednym zdjęciu :)
Dlaczego on?
Bo "gdzieś coś" czytałam, a SV w miarę używania gęstniał strasznie i paskudnie ściągał lakier (lepiej wyglądał bez niego niż z nim). Czas postawić na nowości.

Moja opinia:
Top Poshe nie wysycha tak szybko jak SV. Do pełnego zaschnięcia potrzebuje około 15-20 minut.
To jego jedyny minus.
Nadaje blask, jakich mało. Bardzo wygodnie się z nim pracuje (nie ma obaw o uszkodzenie lakieru kolorowego). A jak już wyschnie...

Taka krótka historia: na paznokciach nosiłam lakier Moulin Rouge z Lovely (cena 5,49zł). Zaczął mi troszkę odchodzić od strony macierzy paznokcia. Poza tym było widać już płytkę - końcówki były ledwie starte. Myślę sobie - nie przedłuża trwałości. Spojrzałam na kalendarz.
Lakier na moich paznokciach był 9 dzień.
Przedłuża. I to bardzo. A fakt, że mi czas leci jak szalony to inna bajka :D
Z najtańszego lakieru czyni pancerz, który bez problemu można nosić tydzień na paznokciach.

Czy ściąga lakier? NIE! A przynajmniej nie tak jak SV. Ewentualnie, coś delikatnie zdarza mu się pociągnąć, ale nie muszę zmywać lakieru z paznokci, bo nagle mam krechę ściągniętego lakieru przez pół płytki.

Jedyną uwagę, jaką mam to praca z iskierkami i gęstość lakieru kolorowego.
Iskierki - trzeba się nauczyć kiedy najlepiej nakładać top, aby drobinki w nim nie zniknęły (najlepiej chwilkę odczekać przed nałożeniem topu.)
Gęsty lakier kolorowy - Poshe nie lubi takich lakierów. Właśnie takie lakiery zdarza mu się ściągnąć, po czym na przykład lakier pęknie i odskoczy następnego dnia. Ale zdarzyło mi się to tylko w przypadku jednego lakieru, z którym nie lubiłam się od początku. Wszystkie pozostałe dogadują się z nim świetnie.

A. Drugim jego minusem z pewnością jest dostępność - okazjonalnie ląduje na allegro, dostępny jest w nielicznych sklepach internetowych... Szkoda, bo jest świetny. Kosztuje około 26zł czyli półka cenowa SV.

Czy do niego wrócę? Okaże się za parę miesięcy - jeśli nie zgęstnieje znacząco za połową - to jestem pewna, że na zapas kupię od razu dwie buteleczki :)

POLECAM!


Znacie? :)

wtorek, 19 lutego 2013

Podsumowanie zapuszczania włosów - listopad do lutego

Witajcie!
Zdaje się, że ostatni post na blogu pochodzi sprzed tygodnia... Jak pisałam - byłam w podróży (ferie!), dodatkowo pojawiły się problemy ze sprzętem. Mam jednak aparat, jestem już we Wro i mogę znów do Was pisać :)

Dzisiaj nadszedł czas na podsumowanie akcji zapuszczania włosów, do której przyłączyłam się z początkiem listopada zeszłego roku.

Różnica przedstawia się następująco:

Pierwsze zdjęcie robione jest z lampą błyskową 31 października, drugie robiłam dzisiaj rano (bez lampy).
Od listopada minęło 3,5 miesiąca - czyli normalne włosy powinny urosnąć około 3,5 cm. Moje bez wspomagania w takim czasie rosną około 2cm. A tu? Widać różnicę!

Przez dwa miesiące towarzyszyła mi herbata z pokrzywy - i to ona stała się moim lekiem na całe zło - ograniczyła wypadanie włosów i przyspieszyła porost.
Próbowałam pić siemię lniane... przez tydzień... Więcej nie mogłam, ale teraz planuję do niego wrócić :)
Brałam MegaKrzem, ale miesiąc - jak pisałam na włosy nie działał.

Oprócz tego regularna pielęgnacja i dwa farbowania (po prawej włosy tuż po farbowaniu, po prawej jakiś miesiąc po farbowaniu "Srebrnym pyłem" z Joanny - henna jak wychodzi, tak wychodziła.).

Co mi towarzyszy?




Szampony - głównie Barwa Naturalna Zielone Jabłuszko (który skończył się kilka dni temu...), ostatnio pokazywany Garnier Ultra Doux dla lepszego oczyszczenia, Alverde, który wprowadził się do mnie niedawno i babydream, na chwile, kiedy moje włosy potrzebują delikatności :)












W kwestii odżywek moje włosy nie wymagają już mocnego karmienia - wystarczą im lekkie odżywki, których używam po każdym myciu włosów. Zostało mi jeszcze pół Isany z olejkiem babassu, aktualnie dołączyła do niej kokosowa Balea.











Oleje. Wybaczą każdą niesystematyczność, poratują włosy z każdego przesuszenia, puszenia i niesubordynacji. IHT 9 od Lass Naturals wyeliminował wszystkie inne oleje. Ośmielił się do niego dołączyć Alverde z olejkiem arganowym i migdałem - w tym momencie nie mam ochoty na żadne inne oleje :)














Naturalne cuda do stylizacji, o których nie omieszkam napisać troszkę więcej :)
Sok z aloesu i żel z siemienia lnianego.













Mój cel - włosy do pasa coraz bliżej, przekroczyłam "zaczarowaną granicę". Miejmy nadzieję, że do wakacji się uda! :)

Jak się mają Wasze włosy? Zapuszczacie czy wolicie trzymać się krótko?  :)

zdjęcie sprzed chwili w świetle sztucznym z lampą - włosy potraktowane czapką, śniegiem, szalikiem i deszczem... wciąż walczę, ale puch na moich włosach zdarza się coraz rzadziej :) -->

wtorek, 12 lutego 2013

Pod lipą - zwykły szampon od Garniera

Wtorek w rozjazdach - te słowa piszę do Was w pociągu relacji Głogów - Wrocław o godzinie 07.05 :) wieczorem czeka mnie jeszcze trasa do Poznania (zachciało się ferii to ma). Także nie bacząc na ponure niebo i ośnieżone pole za moim oknem - recenzja szamponu od Garniera.

(zgasili światło w pociągu. teraz do czytania mogę sobie poświecić oczami.)



Garnier, Ultra Doux, Szampon oczyszczający z kwiatem lipy












Techniczne:
1. Opakowanie - dostępne w dwóch standardowych wielkościach - 250ml i 400ml. Płaskie, zgrabne, jasnozielone, z mocnym zamknięcięm. Jedyne zastrzeżenie mam do otworu - jest nieco za duży, przez co wylewa się za dużo produktu, co rzutuje na jego wydajność.

2. Zapach - pachnie ziołowo, a właściwie drzewnie, zapach może się nie podobać, ale na pewno nie jest tak duszący jak np. czarna rzepa od Barwy. Utrzymuje się na włosach, ale krótko.


3. Konsystencja - żelowa, genialnie się pieni (na olejach nawet lepiej), ale to niestety jak powszechnie wiadomo zasługa SLeS. Wystarczy naprawdę odrobina na całe włosy.

4. Wydajność - niestety nie grzeszy wydajnością. Wystarczy na około 10 - 15 użyć, co przy codziennym stosowaniu daje 2 tygodnie. Ja używam go do mocniejszego oczyszczania - mniej więcej raz w tygodniu - dlatego jakoś strasznie nie narzekam.

Dlaczego on?
Doszłam do wniosku, ze muszę mieć jakiś "zwykły szampon", kiedy potrzebuję po prostu dobrze umyć włosy. Stałam pół godziny w drogerii czytając składy, na koniec poszłam do Biedronki i wzięłam pierwszego z brzegu Garniera.

Moja opinia:
"Zwykły szampon" - to dobre określenie. Świetnie się pieni, dobrze oczyszcza. Przy częstym stosowaniu może spowodować swędzenie skóry głowy (choć producent obiecuje ukojenie skalpu). Skład też pozostawia wiele do życzenia.
Ale nie czepiajmy się - nie jest zły. Całkiem możliwe, że po zużyciu butelki do niego wrócę.



Stosowałyście szampony z Garniera? Jakich drogeryjnych szamponów używacie? :)

Trzymajcie się ciepło!

(pociąg stanął w polu, przebiegł konduktor z maszynistą w jedną stronę, potem w drugą, pociąg ruszył i nawet wróciło światło. gdy przyjechałam do Wrocławia były jakieś początki wiosny. tymczasem gdy publikuję tego posta za oknem leży już przynajmniej 5cm warstwa bieluśkiego śniegu - pora roku się zmieniła :D)

niedziela, 10 lutego 2013

Zakupy zza Nysy :)

Wróciłam, choć tylko na chwilkę, bo jeszcze tydzień mam ferie po zaliczonej sesji i mam zamiar to dobrze wykorzystać ;)
Jak wspominałam byłam u Babci, a po drodze udało mi się wyskoczyć do Gorlitz z moją Kuzynką (Kochana, dzięki Ci!), przez co obie mało nie zbankrutowałyśmy :D

Zakupy nie trwały długo, w sumie nie są duże, powiedziałabym raczej, że planowane od dawna. Za cel stawiam sobie teraz zużycie tego, co mam na półkach, aby za pół roku móc znowu pojechać i uzupełnić zapasy. 

Przy okazji muszę napisać, że design kosmetyków Balea i Alverde mnie urzeka swoją prostotą - czy zbiór takich opakowań nie wygląda optymistycznie? :)


Co przybyło?

Najlepsze żele jakich w życiu używałam - żele od Balea. Miałam dwa i wiem, że zawsze jak będę w pobliżu będę kupować następne :)
Tym razem makaroniki z wiśnią (już w grudniu wiedziałam, że muszę je mieć, pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że do lutego nie znikną z półek :)) i guawa.
Oba po 300ml, oba po 0,65 euro (!).











Moja Isana z olejkiem babassu dobija powoli dna (powoli, bo mi szkoda ;)), a na moich półkach nie stała żadna inna prosta odżywka. Chwyciłam więc z półki dwie odżywki z Balei - jedna z kokosem i kwiatem tiare, a druga z mango i aloesem. Na KWC brak opinii - będziemy testować :D
Ponownie - obie po 300ml i obie po 0,65 euro.










Na koniec smakołyki z Alverde. Szampon, o którym czytałam u Karminowych ust - po takiej recenzji musiałam go wziąć, a ponieważ do codziennego mycia włosów mam tylko żel z babydream, bo reszta jest mocniejsza nie wahałam się nawet - jabłko i papaja - 300ml za 2,45 euro.
Olejek do włosów z porzeczką się nie sprawdził, więc postanowiłam dać szansę olejkowi z olejem arganowym - 50ml za 2,95 euro (ciekawostka - tyle samo kosztowało 100ml porzeczkowego :))
Na koniec do koszyka wpadła pomadka ochronna mandarynka i wanilia - ponieważ używanie Carmexu przy minusowej temperaturze, śniegu i wietrze nie jest najlepszym pomysłem, a 1,15 euro to nie majątek :))




Kupiłam oprócz tego jeszcze nieco chemii gospodarczej. Jak widać niewiele wzięłam, ale suma sumarum też niewiele zapłaciłam :)

Znacie te produkty? A może coś od dawna jest na Waszej liście małych marzeń? :)

Zobacz też

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...