Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukłon w stronę natury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukłon w stronę natury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 kwietnia 2013

Khadi, Cassia Neutral/Senna - po raz drugi... i trzeci.

Przychodzę do Was po raz kolejny z moimi wrażeniami po użyciu henny Khadi  (bezbarwnej) Cassia Neutral (zwanej też Senną). Relację z pierwszego farbowania znajdziecie >tutaj<, odbyło się ono 10 miesięcy temu.

Ponieważ post o hennie cieszy się na moim blogu niesłabnącą popularnością tym razem przychodzę z dużo dokładniejszą dokumentacją fotograficzną :) Mam nadzieję, że rozwieje Wasze wątpliwości i pytania - czy henna bezbarwna zmienia kolor włosów, czy spłukuje się w całości, czy pojawiają się odrosty... i tak dalej. Zapraszam :)
Potraktujcie to jako mój kolejny ukłon w stronę natury.


Włosy naturalnie mam wysokoporowate, ze skłonnością do puszenia, w kolorze "mysiego", polskiego blondu, który w lecie przeplata się złotymi nitkami. Wyglądało to mniej więcej tak:
(zdjęcie po prawej z czerwca 2011, po lewej tuż przed farbowaniem henną - maj 2012).


Zdjęcie z 25 MAJA (po pierwszym farbowaniu)


Zacznę od tego, jak zachowywał się kolor w czasie.
Wiadomo, że kolor po hennie musi "dojść" do siebie. Po miesiącu miałam wrażenie, że już się wypłukał. Mylne wrażenie. Zobaczcie jak wyglądałam 7 LIPCA:

Wciąż całkiem sympatyczny rudzielec, hm? Na tym zdjęciu widać, że pojawiają się odrosty. Naturalny kolor moich włosów to właśnie mysio-nijaki, polski blond. Chłodne odrosty było więc widać wyraźnie.

24 LIPCA kolor ani myśli się spłukać - przyzwyczaiłam się już do rudzielca :)


Potem gdzieś mi urwało kawałek życia (...zdjęć nie ma, nie wiem co robiłam ... :D).
W międzyczasie podjęłam decyzję - zatęskniłam za swoim przeplatanym słońcem blondem. Ruda henna nie chciała się wypłukać. Postanowiłam więcej nie farbować włosów henną.
Próbowałam za to łagodzić rudość przez tonowanie "Srebrnym pyłem" z Joanny.
 
W listopadzie wyglądało to więc tak (po lewej przed tonowaniem, po prawej po tonowaniu)


Trwałam twardo w postanowieniu, że włosów farbować nie będę. Zapuszczam, żeby odzyskać swój kolor. Ale... "Srebrny pył" się spłukał po 2 tygodniach. Rudość wyszła znowu na wierzch. Pff. Idź sobie henno, nooo.

Przed Świętami Wielkiej Nocy (koniec marca) włosy wyglądały tak:

Rudy spłukał się do pięknego, złotego blondu. Kolor na żywo wyglądał naprawdę ślicznie!
Podjęłam decyzję. Czekanie aż włosy odrosną potrwa wieki. A tymczasem mysie odrosty wyglądały źle. Przy pewnym ujęciu wyglądało to tak, jakbym zaczęła siwieć. Zwłaszcza, że dół miał tak ładny kolor. Popatrzcie sami jaka była różnica:



Sięgnęłam znowu po Cassię. Jeśli chodzi o mnie to tysiąc razy bardziej wolę tą zabawę z henną niż farbowanie chemiczną farbą, której zapach mnie dusi, a kolor wypłukuje się po dwóch tygodniach.

Procedura analogiczna jak w zeszłym roku - sok z cytryny, rozrabianie z ciepłą wodą, pod folię, ściereczkę, na kaloryfer. Po dwóch godzinach nałożyłam papkę na włosy. Na dwie godziny.
Na moje cienkie włosy prawie do pasa masy było aż nadto. A nie rozrobiłam wszystkiego - zostawiłam sobie ok 1/4 proszku.

Gdy zmywałam była już ciemna noc. Rezultat oceniałam wczoraj rano.
A właściwie... brak rezultatu!
No nie, henna, weź ogarnij!
O ile przy pierwszym farbowaniu chodziło mi tylko o wzmocnienie (kolor wyszedł, jak wiecie, przypadkiem), o tyle teraz chodziło mi wybitnie o kolor. Kolor się odświeżył, ale tylko na długości, odrosty były nietknięte.
Nie wiem czy zobaczycie, bo pogoda i światło wczoraj były podłe. Widać za to miękkość włosów :)


Wzięłam więc tą 1/4, którą odsypałam "na wszelki wypadek", rozrobiłam z sokiem z cytryny i łyżką jogurtu. Znów na kaloryfer, na 2 godziny i na odrosty na 3,5 godziny. Rezultat... oceńcie sami :)



Zdjęcia można powiększać :)

Było z tym trochę zabawy, trochę mycia... Kolor jeszcze "dochodzi" do siebie.
Jak często będę farbować henną? Na pewno nie co miesiąc - po pierwsze dlatego, że uważam, że spłukuje się pięknie (nawet wypłukana wygląda ładnie), a po drugie to jednak na dłuższą metę kosztowny biznes (26zł/100g co wystarcza na włosy mojej długości).
Muszę tutaj wspomnieć, że oprócz koloru henna daje świetnie wzmocnienie włosów, bez obaw nakładałam ją na skórę głowy, co nie wzmogło wypadania włosów.

Przyczyną, dla której kolor nie chwycił do końca jakbym chciała może być to, że moje włosy są teraz w dużo lepszej kondycji, gdy farbowałam poprzednim razem były suche i puszyły się. Obecnie raczej nie mam z tym problemu.

Mam nadzieję, że ten post rozwieje wszystkie wątpliwości osób, które szukają odpowiedzi na swoje pytania :) Pamiętajcie o jednym - henna nigdy się nie wypłucze. Może co najwyżej się nieco spłukać i stracić na intensywności. Odrosty pojawiają się jak w przypadku zwykłej farby. Kto raz powiedział A powinien powiedzieć B :)

Ktoś dotrwał do końca? :D
Miłej niedzieli! 

wtorek, 26 lutego 2013

Ukłon w stronę natury 2 - żel lniany i mgiełka aloesowa - ujarzmić puch!

Chyba każda posiadaczka włosów wysokoporowatych zna ten obraz w lustrze, kiedy umyte włosy są piękne i gładkie, a w miarę wysychania robi się puch. I to taki, który ciężko jest ogarnąć.

Ile to razy piękna, lśniąca tafla dziewczyn o włosach niskoporowatych zachwycała (chyba każdą z nas :)). A u mnie nie dość, że włosy blond, to jeszcze jak na złość uwielbiają się puszyć.

Próbowałam różnych metod ujarzmienia - od tych powszechnych przez mniej typowe, aż do naturalnych. Jakie były efekty?

Pianka - raczej sklejała włosy, a jeśli już podkreśliła fale to na krótko, włosy wciąż się puszyły.
Lakier - sam w sobie puchu nie ogarnie.
Produkty do stylizacji na ciepło - no effect.

Jedwab Biosilk - wysuszał!
Krem do rąk z Biedronki (słynny zielony wycofany już krem) - ujarzmiał? Tak, ale nietrwale i na krótko. Jednak to przy nim po raz pierwszy moje włosy zostały ogarnięte. Zaplecione w warkocz, po rozpuszczeniu trzymały kształt i nie wyglądały jak grzywa pudla.
Oil Miracle - na początku działała siła sugestii. Działał, ale obciążał włosy. Zresztą to same silikony, a moje włosy za nimi naprawdę nie przepadają (obecnie wykluczyłam je całkowicie z pielęgnacji i kłaczki mają się świetnie!)

W czasie wakacji i promocji w SuperPharm nabyłam sok z aloesu (9,99zł). Litrową butlę.
Otworzyłam ją dopiero w okolicach grudnia, ze świadomością, że trzeba ją opróżnić dosyć szybko.
Trochę wypiłam. Trochę przelałam do buteleczki z atomizerem. Miały być płukanki, ale ten zabieg do mnie nie przemawia.


Mamy więc już buteleczkę z atomizerem.


Niewiele później kupiłam siemię lniane (ok. 4 zł), aby walczyć o długość. Piłam przez tydzień i zrezygnowałam. Siemię leżało.


Jakiś miesiąc temu po raz pierwszy zrobiłam żel lniany (gotowanie ziarenek przez około 15 minut). Przelałam do buteleczki z pompką.

Obok buteleczki z  atomizerem  mamy drugą - z pompką.


Nie ruszam się bez nich z Wrocławia. 
A moje włosy nie pamiętają co to jest "bad hair day".

Bywa, że włosy, nawet po użyciu odżywki są napuszone. Albo nie mają ochoty się układać. Wtedy najpierw spryskuję czuprynę sokiem z aloesu. Wygładzam rękoma.
Jeśli danego dnia są wyjątkowo oporne to przed psikaniem nakładam na nie jedną pompkę żelu aloesowego (pompka ułatwia dozowanie!). Zwykle na tym etapie ugniatam też moje fale.
Czasem zaplatam je na chwilę w warkocz, a po rozpuszczeniu...
...są miękkie, lśniące, trzymają kształt, nie są napuszone, ale też nie są obciążone (mówi się chyba "dociążone")

W drogeriach szerokim łukiem omijam już kolejny dział. I oszczędzam na produktach do stylizacji ;)
Każdemu, kto nie próbował - polecam. Nie zamienię tego sposobu na żaden inny :)

Próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie, które pokaże różnicę...
Mam nadzieję, że widać, że włosy kręcą się według własnego widzimisię - po lewej. Po prawej dla przypomnienia jak to wygląda teraz :)





Jakie są Wasze sposoby na ujarzmienie włosów? :)

PS Nie da się nie zauważyć, że bywam tutaj ostatnio coraz rzadziej. Przyczyna jest prosta - nauka. Powiecie, że sesja się skończyła, nowy semestr dopiero co zaczyna, więc czego tu się uczyć?
Prawda jest taka, że sesja to nic w porównaniu z ilością nauki jaką teraz mam na co dzień (wszystkiemu winna reforma!)... A ponieważ za parę lat chcę być dobrym lekarzem (a za kilka miesięcy mieć spokojne wakacje) - wybaczcie mi jeśli nie będę pisać regularnie. Wolę jednak pisać rzadziej, ale konkretnie niż co chwilę posty bez treści. 
Dziękuję, że jesteście! :)
A wszystkim, które zastanawiają się czy zaczynać medycynę... Jeśli są takie to może kiedyś napiszę o tym parę słów :)

czwartek, 7 lutego 2013

Ukłon po raz pierwszy! IHT 9

O magicznej mocy olejowania słyszę praktycznie od momentu, kiedy zawitałam na blogspota. Przyznaję, początkowo wydawało mi się to dziwne. Ale nie na tyle, żebym nie mogła spróbować. Pierwszy był bodajże rycynowy - na skórę głowy super, ale stosowany na całe włosy bardzo je wysuszał i puszył.
Druga była Vatika - też puszyła, choć usiłowałam sobie wmówić, że czyni cuda - poszła w świat po połowie opakowania.
Trzecia była oliwka z Babydream - tania i całkiem w porządku, ale szału nie robiła.
Czwarty na moich włosach zagościł słynny porzeczkowy Alverde. Tym bardziej szału nie robił, więc po dwóch użyciach znalazł nowy dom.

A potem dostałam IHT 9. Przeleżał trzy miesiące na półce i miałam go oddać.
I całe szczęście, że pokusiłam się, by jednak go otworzyć.
Zapraszam na recenzję!

IHT 9 - Olejek przeciw wypadaniu włosów

Ze strony helfy.pl
Specjalna kuracja skomponowana z rzadkich ziół i olejków zalecanych przez Ajurwedę dla powstrzymania wypadania włosów oraz rekonstrukcji zniszczonych włosów. Olejek wnika głęboko w skórę głowy i odżywia cebulki włosa, wspomagając ich wzrost. Zapobiega łysieniu i wypadaniu włosów; zagęszcza je. Ponadto poprawia krążenie krwi i rewitalizuje słabe, pozbawione energii włosy.
Olejek odżywia mieszki włosowe, stymulując wzrost gęstszych, grubszych, zdrowszych włosów. Składa się z oliwy z oliwek i olejów: sojowego, z orzechów włoskich, kokosowego, migdałowego, jojoba i z pestek moreli. Naturalne olejki mają intensywnie właściwości odżywcze, tak aby włosy mogły się wzmocnić i nabrać blasku. IHT 9 jest również wzbogacony o ekstrakty z kozieradki, miodli indyjskiej, bhringraj , amli, bhrami, jatamansi i aloesu, które zapobiegają infekcjom skóry głowy.
Techniczne:
1. Opakowanie - zwykła zakręcana butelka na 200ml. Miała zabezpieczenie, ale postanowiło znienacka wyskoczyć i pozwolić rozlać się olejowi na lustro i umywalkę... Bez zabezpieczenia jest nawet wygodniej ;)
2. Zapach - pachnie jak "india shop" - kadzidlano-ziołowy zapach. Jak dla mnie bardzo przyjemny i nie duszący.
3. Konsystencja - olej w butelce jest w formie płynnej, co umożliwia mi naolejowanie włosów w ciągu minuty - wielki plus!
4. Wydajność - bardzo dobra. Zużywa się powoli (nie licząc wypadku z dozownikiem...), ale widzę realne szanse na dojście do dna.


Jak trafił do mnie?
Otrzymałam go dzięki Adze i helfy.pl na spotkaniu wrocławskich blogerek - był wtedy zupełną nowością.

Moja opinia:
WOW. 
Wszystko, co dobrego kiedykolwiek czytaliście o olejowaniu włosów - wstawcie to sobie w to miejsce.
Włosy są nawilżone, dociążone, miękkie, błyszczące, falujące... Wciąż testuję jak się sprawdza stricte pod kątem hamowania wypadania, ale jeszcze za wcześnie na taki wyrok. Na pewno dam znać. Używam go raz do max dwóch razy w ciągu tygodnia (co drugie, trzecie mycie).
Czy polecam? TAK!
Zwłaszcza jeśli żaden olej do tej pory nie zrobił z Twoimi włosami niczego spektakularnego. Moje wysokoporowate, bardzo niesforne, falowane, nieco przesuszone, farbowane i traktowane SLSami włosy go uwielbiają :)

Czy kupię ponownie? 
Na pewno! Kosztuje 29zł, co za butelkę 200ml, bardzo dobrą wydajność i genialne wręcz efekty jest dobrą ceną.


Jak widać poza sztywnymi kanonami Sesa-Vatika-Amla-Khadi-Alterra-Alverde, z którymi spotkał się każdy istnieją jeszcze nowinki. IHT 9 to nowinka jak najbardziej udana :)

Swoją drogą, obserwuję u siebie ostatnio maaasę baby-hair - małych i dużych. I tak się zastanawiam, która stosowana metoda pomogła im najbardziej. Dochodzę do wniosku, że wszystkie dotąd stosowane :D

Macie swoje ulubione oleje? :)

środa, 6 lutego 2013

Ukłon w stronę natury - zapowiedź

Witajcie!
Kiedy wczoraj byłam na wrocławskim rynku aż miałam ochotę zdjąć czapkę i szalik, kupić tulipany i cieszyć się wiosną. Kiedy dzisiaj obudziłam się - jakby inny świat.
U Was też spadł śnieg? :D
Wybieram się jutro do Babci na 4 dni, także przez chwilę mnie tu nie będzie, ale wypoczynek zasłużony. Wyniki ostatniego egzaminu w piątek.

Ostatnimi czasy nie kupuję z kosmetyków niczego nowego (chyba, że na przykład uzupełniam zapasy ;)). Zużywanie idzie trochę słabiej, ale idzie. Jednak każda kobieta potrzebuje nowości. Każda blogerka kosmetyczna na pewno.

U mnie objawiło się to ukłonem w stronę natury. Zaczęłam używać kilku powszechnie lub mniej powszechnie w blogosferze znanych produktów i jedyne co ciśnie mi się na usta to - dlaczego dopiero teraz?!

"Ukłon" będzie odcinkowy, będę z czasem przedstawiała czego zaczęłam używać i jak się to sprawdziło. Przy okazji pragnę zaznaczyć, że nie jestem wegetarianką, weganką, małą uwagę zwracam na testowanie kosmetyków na zwierzętach (bez linczu proszę), SLS mi nie szkodzi. Dlatego wszystkie stosowane techniki są owocem mojej czystej ciekawości :)


źródło


Długa zapowiedź, wybaczcie :) Jutro powinna pojawić się pierwsza recenzja :)

Poza tym, jak już będę u Babci to może uda mi się wyskoczyć do dm... A stamtąd na pewno nie wrócę z pustymi rękoma. Moim celem będą przede wszystkim żele pod prysznic, bo tego nigdy dość, a Balea posiada zdecydowanie najlepsze jakich do tej pory używałam.

Oddałam aparat prawowitemu właścicielowi, dlatego też wybaczcie jeśli jakość zdjęć na blogu się nieco pogorszy. Będę nad tym pracować (może jakiś nowy aparat? :))

Koniec gadania, biorę się za porządnego posta. Na koniec pytania do Was:

na jakich kosmetykach skupiasz się najbardziej i jesteś w stanie wydać najwięcej?
jaki krem matujący do cery mieszanej polecacie ?(kończy mi się Siarkowa Moc i mam ochotę na coś nowego! ;))

Trzymajcie się ciepło!

Zobacz też

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...