Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 października 2013

Turbo dopalanie, które zniknęło - NYC Turbo Dry Top Coat

Piękna pogoda zeszłego tygodnia i konieczność nauki skutecznie odciągnęły mnie od bloga.
A dzisiaj przychodzę do Was z pewnym maleństwem, który z pewnością może zmierzyć się z dużo bardziej znanymi kolegami z branży. Jak wypadnie?

NYC Get up to Speed!
Turbo Dry Top Coat


Technicznie:
1. Opakowanie i pędzelek - zgrabna butelka, niezbyt urodziwa, pędzelek jest średniej grubości. Co mnie zaskoczyło - jest z przezroczystego włosia, nie spotkałam się wcześniej z niczym takim w przypadku lakierów.

2. Zapach i konsystencja - pachnie troszkę intensywniej niż zwykły lakier, na pewno nie tak mocno jak Seche Vite, ale trochę intensywniej niż Poshe. Konsystencja - miód, malinka i cytrynka, bowiem jest dość lejący, przez co bez problemu jedna kropla pokrywa całą płytkę paznokcia. Oby tylko nie zastygł po połowie opakowania.

3. Wydajność - zużycie, które widzicie na zdjęciu jest efektem półtora miesiąca malowania. Dodam tradycyjnie, że używam go do każdego malowania, a paznokcie maluję na okrągło (lakier zmywam kiedy pojawiają się najdrobniejsze odpryski).


Moja opinia:
Nie wyobrażam sobie już malowania paznokci bez wysuszacza (trwa to zwyczajnie za długo, a cała kompozycja i tak wytrzymuje max 2 dni).
W mojej kosmetyczce i na paznokciach gościła już legenda wszech czasów - Seche Vite, który nadawał piękny połysk, ale szybko gęstniał i bardzo mocno ściągał lakier.
Potem kupiłam Poshe, który gęstniał trochę później, ale w połowie używania drugiej buteleczki ściągał lakier podobnie okropnie jak Seche.
Oba kosztowały w granicach 20-25zł za buteleczkę. A ponieważ jestem studentką to postanowiłam poszukać bardziej ekonomicznego rozwiązania i sięgnęłam po NYC Turbo Dry. Kosztował zawrotne 6,50zł + przesyłka (btw, droższa od samego topu.).

Słuchajcie, słuchajcie.
CUDO.
Lakier nie wysycha w 60 sekund (ale nawet Seche tego nie dawał), ale po 10 minutach jest nie do ruszenia. Nie ściąga lakieru (żadnego i nigdy). Wygodnie się rozprowadza. Nadaje połysk, ale nie jest to taka tafla jak w przypadku SV - jeśli lakier sam w sobie nie ma połysku to po aplikacji topu NYC będzie się błyszczał tylko trochę bardziej.
Jednak dla mnie największą jego zaletą jest trwałość. Producent nie obiecuje trwałości. Paznokcie pomalowane tym lakierem bez żadnego uszczerbku na paznokciach przetrwają 5-7 dni. Dzisiaj przemalowałam paznokcie tylko dlatego, że kolor już mi się znudził. Lekko ścierają się tylko końcówki, ale to działo mi się zawsze. Poza tym - nic. Nawet z lakierami w zawrotnej cenie złotych trzy.
Ma jeden minus. Nie można go już nigdzie dostać. Nie mam pojęcia, czy został wycofany z produkcji, czy też po prostu polskie zapasy się skończyły. Ubolewam nad tym bardzo, bo chciałam sobie zrobić zapas. Rachunek jest prosty:
1 buteleczka SV = 1 buteleczka Poshe = przynajmniej 3 buteleczki NYC
Śmiało mogę powiedzieć, że jest to mój ulubiony wysuszacz do paznokci i będę polować jak lwica na kolejne buteleczki.

Obiecuję, że dam Wam znać, jeśli gdzieś go znajdę - naprawdę warto spróbować!

Na koniec mała mieszanka, która wyszła mi na paznokciach - bordo od Wibo połączone z niezbyt udanym topem od Lovely (ale sonda poszła w ruch i coś tam z tego wyszło ;))



Moje paznokcie wciąż nie są w reprezentatywnym stanie, ale na pewno wyglądają lepiej niż pod koniec wakacji... wciąż walczę.

piątek, 18 października 2013

Ukłon w stronę natury - kawowe uzależnienie.

Każdy ma jakieś słabości.
Moją słabością jest kawa - zauważyłam to już w dzieciństwie, kiedy moja Mama rano zaparzała kubek mocnej, czarnej kawy - sam jej zapach mnie budził. Potem zaczęły znikać kawowe czekoladki z bombonierki Merci. Zaczęłam pić kawę zbożową, potem rozpuszczalną, potem sypaną (jedyna, która faktycznie pobudza ;)). Do tej pory lubię wszystko, co kawowe.
Z kawą na czele rzecz jasna - kubek termiczny z kawą zabieram codziennie rano na uczelnię :)


Wstęp prowadzi do wynalazku, o którym słyszał chyba każdy. Sama zabierałam się do zrobienia przez blisko rok.
I tak jak kawę - polubiłam najmocniej jak się da.

Peeling kawowy domowej roboty


Plan jest prosty.
Bierzemy kawę sypaną (najlepiej najtańszą, nie ma tu różnicy) i oliwkę (może być równie tania, np tak jak u mnie Babydream, którego nie miałam jak zużyć).
Do tego trochę wody i opcjonalnie cynamonu.
Wrzucamy do rondelka, doprowadzamy do wrzenia*, gotujemy kilka minut.
Gotowe.
Przekładamy do jakiegoś zgrabnego opakowania i cieszymy się gotowym peelingiem.


Techniczne szczegóły:
1. Opakowanie - trzeba mieć własne - u mnie słoiczek po peelingu solnym z Rossmanna.
2. Zapach i konsystencja - pachnie najprawdziwszą parzoną kawą - jak świeżo parzona o poranku :) Zapach jest utrwalony przez olejek. Konsystencja zależy od tego, jak dużo dodamy składników płynnych - u mnie jest on raczej gęsty.
3. Wydajność - dobra. Wystarczy odrobina do wygładzenia całego ciała - zawartość jednego słoiczka wystarcza na około 10 zabiegów, może trochę więcej :)


Od kiedy użyłam go po raz pierwszy wiedziałam już, że prawdopodobnie nigdy więcej nie kupię drogeryjnych peelingów. Peeling kawowy jest przede wszystkim mocnym zdzierakiem - takie lubię najbardziej. Drobinki kawy nie rozpuszczają się, więc można wykonać masaż ciała, który poprawi ukrwienie. Dodatkowo olejek sprawia, że nie potrzeba już używać balsamu. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam wygładzenie skóry i delikatną redukcję cellulitu. Wiadomo - nie sam to zdziałał, ale jest niezłym dodatkiem do ćwiczeń.
Od siebie dodam, że jeśli miałybyście problemy z przenoszeniem go na ciało to dodajcie odrobinkę do żelu, którego akurat używacie - mamy wtedy sprytne 2w1 :)
Na koniec należy podkreślić, że jest to rozwiązanie tanie - kawa nie musi być z wysokiej półki, a i oliwka babydream do drogich nie należy.
Jedyny minus to bałagan w wannie, ale dla magicznych wręcz właściwości jestem w stanie mu to wybaczyć. Zresztą - wystarczy to potem spłukać strumieniem prysznica i gotowe :)



*Można też po prostu zmieszać kawę z olejkiem, ale ja uwielbiam zapach kawy tak bardzo, że wolę ją w tym olejku z wodą zaparzyć.

Jeśli jeszcze nie próbowałyście - spróbujcie. Naprawdę warto :)
Jakie znacie jeszcze udoskonalenia tego pomysłu?

środa, 9 października 2013

Jesienno-zimowy sezon lakierowy

Witajcie!
Październik w końcu postanowił nas rozpieścić pogodą, tak, że aż żal cały dzień spędzać w budynku, na zajęciach.


Jeśli dawniej myślałam, że lakiery wybieram niezależnie od pory roku to byłam w błędzie - jaskrawe kolory schowałam już do drugiej szufladki, robiąc miejsce kolorom przygotowanym na ten sezon. Być może zdarzy mi się sięgnąć po mocniejszy kolor, ale najczęściej używać będę na pewno tych :)

1. NUDZIAKI - idealne na cały rok. Tym razem stanowią najliczniejszą grupę, bo trochę mi ich przybyło w ostatnim czasie. Są uniwersalne i nie rzucają się w oczy, przez co nosiłam je też w wakacje do pracy.

Beżowe (od lewej):
Essence - Nude glam - 01 hazelnut cream pie (mój idealny nudziak, niestety wycofany :( )
Vollare - Aisha 25
Rimmel - 60 seconds - 200 Princess pink
Vollare - Colorado (kolor się starł)

Różowe:
Wibo - Gel like - Peaches and cream
Rimmel - Salon Pro - 227 New Romantic
Rimmel - Salon Pro - 247 Isn`t she precious?


2. ISKIERKI - to lakiery, których używam zwykle tylko w tym sezonie. Chociaż nie ukrywam, że róż ze złotymi drobinkami skradł moje serce już wcześniej, szczególnie w połączeniu z Oleskowym lakierem.

Lovely - Moulin Rouge - 01
Essence - Vampire`s love - Into the dark
Essence - Vampire`s love - True love
Lovely - Gloss like gel - 101


3. NASYCONE KOLOREM - wykończenie kremowe i kolor, który przykuwa uwagę. Na pewno soczysta fiolet w odcieniu ciepłym i chłodniejszym, szafirowy (mój ulubiony!) i klasyczna czerwień. Mięta? Może też :)

Vollare - Aisha 392
Wibo - Express growth 177
Joko - Corriander green
Rimmel - Salon Pro - 500 Peppermint
Rimmel - Salon Pro - 703 Rock`n`roll

Miałam jeszcze zdjęcie pięknego lakieru od Hean (widoczny na zdjęciu ogólnym), ale mój aparat gdzieś je podział. W związku z tym dostanie mu się osobny wpis :)

Jakie kolory wybieracie na tą jesień? Może jest jakiś, po który sięgacie szczególnie często?

sobota, 31 sierpnia 2013

Kosmetyczki podróżniczki - czyli dlaczego ciągle mnie nie ma

Trzy dni po napisaniu ostatniego posta wyjechałam na wyprawę na wschód Polski na 9 dni (Rzeszów, Bieszczady, Przemyśl, Zamość, Lublin... Łącznie jakieś 1700km licząc od mojego domu).
Trzy dni po powrocie z Lublina wyjechaliśmy z rodzinką do Torunia, a potem na Mazury.
Wróciłam wczoraj i w środę znów wyjeżdżam, tym razem Tatry. Także jeszcze nie wracam na stałe ;)

Skoro już mowa o podróżach - pakowanie walizki zawsze zaczynam od pakowania kosmetyczki. Z resztą jest już łatwiej :D
Zawsze zależy mi na tym, żeby zabrać wszystko, czego mi trzeba i aby było tego jak najmniej.
Naprawdę nie ma tego wiele. Skład na oba wyjazdy prezentował się podobnie - przyjechałam z jednego, dolałam kosmetyków, dołożyłam lakier, wymieniłam cienie. Można śmiało nazwać ten skład moim niezbędnikiem :)
[kolory dziwne, bo światło słabe]


PIELĘGNACJA
Do mycia ciała wzięłam 100ml żelu Balea w wersji limonka i aloes - idealny na ciepłe dni. Do mycia włosów używałam szamponu z Alverde (tu najtrudniej było mi się zdecydować na jeden kosmetyk...też 100ml). Po myciu - odżywka (Balea kokosowa - 75ml), a przed myciem i na końcówki olejek Alverde (50ml). Na wysuszenie skóry pomagał mi balsam Joanny (50ml). Do demakijażu używałam płynu micelarnego BeBeauty (w buteleczce pojemności 27ml ;)), do mycia twarzy mydełka Aleppo 5% oleju laurowego. Oprócz tego zmywacz do paznokci Isany (50ml), małe mydełko i miniatura pasty do zębów. I zapach, mój ulubiony ostatnio Zen (15ml).

Wiedziałam, że taki zestaw mnie nie zawiedzie.
Najwyraźniej gdzieś po drodze zgubiłam chęć testowania nowości, bo od kilku miesięcy już trzymam się swoich sprawdzonych i ulubionych produktów, co w gruncie rzeczy sprawia, że średnia ze mnie blogerka kosmetyczna.

KOLORÓWKA
Nie będę się oszukiwać, że na wakacjach się nie maluję - robię to codziennie, ale zawsze w wersji minimum.
Krem Siarkowa Moc z Barwy (10ml) i puder Stay Matte wystarczą na twarz. Odrobinę bazy z Hean przełożyłam do mniejszego słoiczka. Do tego paleta z Inglota na 12 cieni (bo ma duże lusterko!) i wybrany zestaw cieni ulubionych (353M, 395P, 112AMC, 208Kobo, 488DS, 205Kobo, 399P, 146AMC, 337M, 378M, 446P i trójka z Sensique). Obowiązkowo brązowa kredka do oczu i granatowy liner z Catrice. Na koniec niezastąpiony Masterpiece Max. Pędzle - kulka i skośny z essence, do cieni z ecotools i mały kabuki z Sunshade Minerals.

LAKIERY
Na pierwszym wyjeździe miałam tylko pierwsze dwie buteleczki z lewej. Potem zaszalałam i wzięłam jeszcze kilka.
Lakiery z Rimmela (Princess Pink i Funtime Fuschia; kupione w okazyjnej cenie 4,99zł za sztukę) wysychają szybko nawet bez Poshe i utrzymują się około 4 dni. Lila, bo lubię, a słynny Peppermint, bo w końcu go mam i uwielbiam jak wygląda do opalonej skóry :) Odżywka z Eveline i Poshe wpadły same :)

AKCESORIA
 Obowiązkowo szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, grzebień. Do tego zapakowane w woreczek strunowy płatki i patyczki kosmetyczne. Na koniec mydelniczka po fenjal (bo Aleppo musi wysychać, a w otwartej mydelniczce wysycha najlepiej).

ŚRODKI BEZPIECZEŃSTWA ;)
To nie miejsce żeby pokazywać artykuły higieniczne osobiste ;) Obowiązkowo zabieram ze sobą Rexonę w sztyfcie, która mnie jeszcze nigdy nie zawiodła i suchy szampon z Isany, który czasem się przydaje. Na zdjęcie nie załapały się chusteczki nawilżane.

To tyle. Naprawdę nie jest tego dużo i jest tu prawie wszystko, czego potrzeba (brakuje kremu z filtrem, który brała moja towarzyszka podróży). Wiem, że kiedy będę się niedługo pakowała na kolejny wyjazd zabiorę tylko większe pojemności. Zestaw pozostanie ten sam :)

A Wy jak pakujecie kosmetyczkę? Oszczędnie czy rozrzutnie?

Zostawiam Was z bieszczadzkim uśmiechem i mazurskim zachodem słońca, ściskam ciepło!
Swoją drogą - Mazury i Bieszczady stanowiły mój wymarzony cel na wakacje 2013 - marzenia się spełniają! ;)




wtorek, 16 lipca 2013

Maluch, co wiele potrafi - Olejek migdałowo-arganowy od Alverde

Wesele było piękne, zdjęć się niestety nie dorobiłam na razie (tak to jest, jak się stoi dorywczo po drugiej stronie obiektywu...). Teraz za to zamiast kończyć praktyki mam przymusowe L4, bo się po prostu przeziębiłam.
Trudno, przyjmę, że jest to odchorowanie stresu i szybkiego tempa życia.

Dziś chcę napisać kilka słów o produkcie osławionym, jak większość niemieckich kosmetyków. Poprzedni olejek (porzeczkowy) posłałam w świat, ponieważ zupełnie się u mnie nie sprawdzał. Przy okazji ostatniej wizyty w dm sięgnęłam po ten - dedykowany włosom. Kosztował tyle, co duża butelka każdego innego. Pomyślałam jednak, że wezmę, raz się żyje, do dm-u nie jeżdżę co tydzień.
I jak wrażenia?


Alverde, Haarol Mandel Argan - Olejek do włosów

>link do KWC<








Techniczne:
1. Opakowanie - Olejek zamknięty jest w plastikowej butelce z pompką, która mieści 50ml, pompkę można łatwo zablokować bez obaw, że się wyleje, a niewielki ciężar pozwala zabierać go nawet do najmniejszej kosmetyczki. Ogromny plus.


2. Zapach - spodziewałam się ciężkiego i mdlącego zapachu. Jakież było moje zdziwienie! Olejek pachnie słodko, ale też cytrusowo. Zapach bardzo przypadł mi do gustu. I nie tylko mi - osobom, które nie przepadają za olejkami także!

3. Konsystencja - olejek należy do lekkich olejów, które w odpowiedniej ilości nie obciążą włosów nawet po myciu. Użyty do olejowania przed myciem nawet w sporej ilości nie sprawia, że wyglądamy jak wykąpane w oleju do frytek :D

4. Wydajność - aby pokryć całe moje włosy w klasycznym zabiegu olejowania muszę użyć około 10 pompek (w ten sposób używam go średnio raz na tydzień). Stosuję go też zwykle do zabezpieczania końcówek po myciu. Czasem używam też kropelki na całe włosy po myciu. Od lutego zużyłam połowę buteleczki.


Moja opinia:
Mój mały olejowy ideał.
Po olejowaniu myję włosy delikatnym szamponem, używam lekkiej odżywki, a włosy są miękkie i pięknie lśnią.
Końcówki potraktowanie olejkiem chętniej się kręcą i układają.
Całe włosy stają się ujarzmione, ale nie obciążone (choć tu trzeba uważać, bo cienkie włosy potrafi przetłuścić - bo to olej, a nie silikony pod nazwą olejku ;)). Ponadto ma niewielkie gabaryty i piękny zapach, więc można go zabrać ze sobą wszędzie.
Wiem, że kiedy niedługo znów będę w dm kupię go na pewno ponownie.

Cena: hm.. albo 2,95€ albo 3,95€, nie pamiętam :( (ktoś pamięta?)
Skład:

Co polecacie z drogerii dm? Na czym się skoncentrować podczas kolejnych zakupów?

Tymczasem wracam do świeżego soku z grejfruta i pomarańczy "na zdrowie". I miejmy nadzieję, że jak najszybciej uda się wyzdrowieć :)

piątek, 21 czerwca 2013

Cukiereczki na paznokciach - kolory na lato

Dosłownie chwila przerwy od nauki. Prawdopodobnie do 27 czerwca nie pojawi się żaden post, bo walczę - egzaminy jeszcze przede mną, a materiału jest baardzo dużo. Trzymajcie mocno kciuki, w lipcu będę publikować regularnie, bo wracam do domu na praktyki :)

Swoją drogą... Jak w październiku wróciłam do Wro to byłam przerażona ilością kosmetyków, które przywiozłam i byłam pewna, że przez rok ich ilość się zmniejszy... Cóż... jakby to powiedzieć, nie udało się i teraz pewnie będę potrzebować ciężarówki żeby się zabrać :D

Ale wracając do tematu.
Znalazłam lakier na to lato. Ominęła mnie cała fascynacja piaskowymi lakierami, kawiorem, zamszem, piórkami, brokatem... Skoncentrowałam się na kolorze. Pierwszym była mięta (idealny kolor z blogerskiej kolekcji), a drugim okazała się lawenda.

Ten kolor podobał mi się tak bardzo, że rozważałam nawet zakup lakieru od Essie. Ale na szczęście dla mojego portfela trafiłam na pewną niepozorną kulkę.


Pamiętacie może cukierki pudrowe?
źródło zdjęcia : http://funita.blogspot.com/2012/09/migawki-z-borow-muchomory-szaliki-i.html
Tak, ja też. Szczególnie te na gumce, które miały przypominać zegarek ;)

Więc żeby nie było nudno, że znowu sam fiolet, dodałam do niego róż. I wyszły takie oto cukiereczki.

Ku mojej uciesze kulka od Lemax mieści aż 18ml, kryje przy 2 warstwach, rozprowadza się dobrze, choć trzeba uważać na skórki, bo jest raczej rzadki, pędzelek nie jest cienki, raczej z tych węższych, ale jednak szerokich. Długa zakrętka sprawia, że malując czuję się jakbym malowała obraz :D
Mimo to komfort malowania jeszcze wyższy niż w przypadku towarzysza (New Romantic, a jakże!).
Trwałość to około 4-5 dni. Choć u mnie ostatnio wszystko trzyma się krócej, bo szybko się nudzą.
Dodam, że kosztował zawrotną sumę 3,90zł :D

Żeby nie było, że kulkę sobie wymyśliłam, on się tak po prostu nazywa :)
Jak Wam się widzą takie cukiereczki? 
Jak dla mnie kolor na lato jest idealny i wiem, że na paznokciach będzie częstym gościem.


Tymczasem - trzymajcie kciuki i do napisania, bo jest o czym pisać :)

środa, 24 kwietnia 2013

Różowo (?) mi po raz drugi.

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że dawno dawno temu (rok z hakiem ;)) publikowałam post o różach, które posiadam. Było to na tyle dawno, że nie mam już żadnego z obecnych tam róży. Żelek poleciał w świat, prasowany popełnił samobójstwo, a róż w musie po prostu zużyłam.
Przyszedł więc czas na uaktualnienie :)

Tak wygląda moja mała gromadka.

mogą się nawet ustawić parami :)
Bell, 2Skin Pocket, 01

Róże, które były powszechnie dostępne w Biedronce przy okazji pierwszej gazetki urodowej. Skusiłam się na delikatny róż. 
Zawiera w sobie maleńkie drobinki, które ładnie rozświetlają policzek (działa u mnie jak połączenie różu z lekkim rozświetlaczem). Kolor jest bardzo jasny, więc trzeba się trochę namachać, aby kolor był widoczny. Trwałość to (niestety tylko) około 3 godzin.


Vipera, Róż do policzków 01

Trafił do mnie na spotkaniu wrocławskich blogerek w ubiegłym roku. Nie mam pojęcia co to za seria i czy w ogóle jest gdzieś dostępny.
Kolor w opakowaniu może zniechęcać, jednak na policzkach daje satynowe wykończenie i zdrowy, zimowy rumieniec. Pigmentacja jest słaba, więc nie ma obaw - krzywdy nim sobie nie zrobimy. Trwałość podobnie jak w przypadku kolegi wyżej.

 MeMeMe, Poppy Tint

Jego recenzja gościła już kiedyś u mnie na blogu. Liczyłam na to, że na bladej po zimie cerze będzie bardziej widoczny. Żeby było coś widać trzeba nałożyć 2-3 warstwy. Łatwo o zrobienie plam na polikach, ponieważ ciężko go rozetrzeć. Jakby robił na złość - znika z miejsc, gdzie go potrzeba, a plamy robi tam, gdzie być nie powinien. Mimo to używam go na wyjazdach - oszczędzam miejsce w kosmetyczce, bo nie muszę zabierać ze sobą pędzla.

Annabelle Minerals, Róż mineralny Rose

Wspominałam, że zdecydowałam się na ten róż przy zamawianiu próbek podkładów mineralnych. Zdecydowałam się na nieco przybrudzony róż. 
CUDEŃKO! Świetnie napigmentowany - wystarczy odrobina, aby odkreślić policzki, trzyma się CAŁY dzień (12, nawet 16 godzin!). Dodatkowo kolor jest bardzo twarzowy - jest matowy i wygląda bardzo naturalnie. Jedynym jego minusem jest aplikacja - ciężko zabrać go ze sobą w podróż.


Catrice, Róż Apricot Smoothie

 Kiedy pojawiła się informacja o jego wycofaniu długo biłam się z myślami czy po niego sięgnąć. Kupiłam i nie żałuję.
Jaśniejsza część jest matowa, ciemniejsza zawiera drobinki (znów 2w1 ;)) Rumieniec uzyskany z jego pomocą jest bardzo wiosenny i ciepły. Minusem jest znów trwałość - po raz kolejny 3-4 godziny to max.

Essence, LE Vintage District, It`s Popul-art
nówka sztuka.
intensywnie eksploatowany :)
Moja wygrana w rozdaniu blogowym :) Prawdziwy majstersztyk - złoto pokrywające kwiatową płaskorzeźbę - aż żal było dotykać :)
Złoto widoczne na pierwszym zdjęciu spożytkowałam w roli cienia do powiek, czasem też jako delikatne rozświetlenie policzków (jednak źle się czuję w złotym...).
Róż jest matowy, dobrze napigmentowany. Zaskakuje trwałością - trzyma się prawie cały dzień. Choć na pierwszy rzut oka przypomina róż od Catrice (patrz wyżej) to w rzeczywistości jest bardziej czerwony. Śliczny! Obok Rose to mój ulubiony róż na ten moment (jeśli gdzieś go znajdziecie - warto się na niego skusić ;))


Porównanie Apricot Smoothie i It`s popular-art - jakby jeden producent :D
Czyż nie wyglądają bliźniaczo podobnie? :)
I na koniec kolory na skórze:
w cieniu pokoju.
w świetle balkonu, a raczej słońca na balkonie ;)

Który najbardziej przypadł Wam do gustu? Jakie są Wasze ulubione róże? :)

PS Wybaczcie, że ostatnio piszę do Was mało - wolę pisać rzadko, ale wpisy wartościowe niż codziennie, ale byle jak. Czas nie jest moim przyjacielem, tym bardziej uczelnia. Ponadto w mojej łazience nadchodzi kosmetyczna "zmiana warty", czekam żeby móc Wam pokazać denko i następców. Zakupy kosmetyczne wyhamowały ostatnio praktycznie do zera, więc w tym segmencie nic ciekawego. Za to będę miała dla Was zdjęcia z wyjazdu, który mam nadzieję wypali w weekend majowy ;) 
Dziękuję, że jesteście!

piątek, 5 kwietnia 2013

Kokos, ładne kwiatki - odżywka do włosów Balea

Na początku się wytłumaczę - mam teraz trochę więcej czasu (zaliczyłam trzecie z czterech kolokwiów z przedmiotu wiodącego), więc na chwilę mam spokój ;)

Uzupełniam braki frekwencyjne.
Ale ostrzegam - będzie nudno :D

Jak przejrzałam ostatnie posty to było dosyć monotonnie - lakiery, lakiery, lakiery i przepis po drodze. Teraz zapowiada się seria postów o włosach. Mimo wszystko postaram się Was nie zanudzić.

A tymczasem zapraszam na recenzję odżywki, którą podczas ferii przywiozłam zza Nysy :)


BALEA - Odżywka do włosów farbowanych - Kokos i kwiat tiara*

Producent:
Delikatna odżywka do włosów farbowanych, intensywnie chroni kolor, nadaje włosom blask, sprawia, że włosy są miękkie aż po same końce. 

Włosy nie blakną, nie matowieją, kolor jest zachowany dzięki formule z aktywnymi filtrami UV, ekstraktem z kokosa i wyciągu z polinezyjskich kwiatów tiara. Natomiast kompleks odbudowujący z witaminą B3 i prowitaminą B5 sprawia, że włosy są gładkie.   

 *jakby się ktoś zastanawiał to kwiat tiara jest narodowym kwiatem Thaiti znanym tam jako gardenia polinezyjska :D



Technicznie:
1. Opakowanie - biała butla o prostym wzornictwie, stoi na niebieskiej zakrętce, która bardzo mocno się zamyka (wspominałam, że prostota opakowań kosmetyków z dm mnie urzeka?). Butelka jest nieprzezroczysta, mieści 300ml.

2. Konsystencja - odżywka jest dosyć zbita, może nieco przypominać konsystencję maski. Świetnie rozprowadza się na włosach, nie ma mowy, aby spłynęła.


3. Zapach - tu należy wspomnieć, że nie przepadam za zapachem kokosa (?!), ale jak powąchałam odżywkę w drogerii to pomyślałam, że jednak się skuszę. I jak na moją niechęć do kokosa ten zapach bardzo przypadł mi do gustu. Nie jest za słodki, określiłabym go raczej jako lekki. Prawie nie utrzymuje się na włosach.

4. Wydajność - odżywki używam prawie po każdym myciu (czasem co drugie mycie). Od 10 lutego zużyłam ok.40% - kosmetyk jest wydajny.


Dlaczego sięgnęłam po tą odżywkę?
Bo była śmiesznie tania, a ja potrzebowałam znaleźć następcę dla Isany z babassu - odżywkę lekką, o prostym składzie, która ma wygładzać włosy.
Bo nie znam niemieckiego i wybierałam po zapachu :D

Moja opinia:
Niemieckiego nie znam, nie uczyłam się i uczyć się nie będę. Jednak strzelałam, że odżywka służy do ochrony koloru włosów farbowanych. Poprzednia odżywka z niebieską zakrętką mieściła obok kokosa mleko. W tej zamieniono nabiał na kwiat tiara. Szybki rzut oka na skład, trochę mi się ten akohol w środku nie spodobał i długość składu, ale myślę sobie - to nie majątek, biorę.

Powiem Wam jedno - w tym momencie zapominam o używaniu różowej Isany. Po prostu efekt jaki daje nie może się równać z odżywką Balei. Włosy są miękkie, ujarzmione, łatwo się rozczesują. Dodatkowo zauważam lekkie "podciągnięcie" koloru włosów po użyciu. Jednym słowem - polecam. Właśnie jako lekką odżywkę do stosowania po każdym myciu :) Bardzo podoba mi się fakt, że nie zawiera silikonów - od kilku miesięcy stosuję pielęgnację bezsilikonową i moje włosy mają się dużo lepiej :)

Wiem, że z dostępnością bywa różnie, ale ta odżywka czasem pojawia się w sklepach z chemią niemiecką. Warto po nią sięgnąć.

Cena: 0,65 euro (!!)
Skład:
dobroci, szkoda, że daleko w składzie. tu pozwolę sobie podkreślić, że nawet podstawowe umiejętności czytania składów są bardzo przydatne w wizytach zagranicznych ;)


Miałyście do czynienia z tą odżywką? Czym zastępujecie Isanę z babassu?


PS Wędruję do kuchni i łazienki - spróbuję znów zaprzyjaźnić się z henną - jutro relacja z pola walki :)
PS 2 - jakość zdjęć się zda? nie jest to wprawdzie to co było wcześniej, ale też Fuji ma utrudnione zadanie - przy takiej pogodzie trudno zrobić dobre zdjęcia...
PS 3 - do szału doprowadza mnie ostatnio ilość wszechobecnych reklam. aż się czasem internetu odechciewa używać... też tak macie?

Zobacz też

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...