piątek, 18 października 2013

Ukłon w stronę natury - kawowe uzależnienie.

Każdy ma jakieś słabości.
Moją słabością jest kawa - zauważyłam to już w dzieciństwie, kiedy moja Mama rano zaparzała kubek mocnej, czarnej kawy - sam jej zapach mnie budził. Potem zaczęły znikać kawowe czekoladki z bombonierki Merci. Zaczęłam pić kawę zbożową, potem rozpuszczalną, potem sypaną (jedyna, która faktycznie pobudza ;)). Do tej pory lubię wszystko, co kawowe.
Z kawą na czele rzecz jasna - kubek termiczny z kawą zabieram codziennie rano na uczelnię :)


Wstęp prowadzi do wynalazku, o którym słyszał chyba każdy. Sama zabierałam się do zrobienia przez blisko rok.
I tak jak kawę - polubiłam najmocniej jak się da.

Peeling kawowy domowej roboty


Plan jest prosty.
Bierzemy kawę sypaną (najlepiej najtańszą, nie ma tu różnicy) i oliwkę (może być równie tania, np tak jak u mnie Babydream, którego nie miałam jak zużyć).
Do tego trochę wody i opcjonalnie cynamonu.
Wrzucamy do rondelka, doprowadzamy do wrzenia*, gotujemy kilka minut.
Gotowe.
Przekładamy do jakiegoś zgrabnego opakowania i cieszymy się gotowym peelingiem.


Techniczne szczegóły:
1. Opakowanie - trzeba mieć własne - u mnie słoiczek po peelingu solnym z Rossmanna.
2. Zapach i konsystencja - pachnie najprawdziwszą parzoną kawą - jak świeżo parzona o poranku :) Zapach jest utrwalony przez olejek. Konsystencja zależy od tego, jak dużo dodamy składników płynnych - u mnie jest on raczej gęsty.
3. Wydajność - dobra. Wystarczy odrobina do wygładzenia całego ciała - zawartość jednego słoiczka wystarcza na około 10 zabiegów, może trochę więcej :)


Od kiedy użyłam go po raz pierwszy wiedziałam już, że prawdopodobnie nigdy więcej nie kupię drogeryjnych peelingów. Peeling kawowy jest przede wszystkim mocnym zdzierakiem - takie lubię najbardziej. Drobinki kawy nie rozpuszczają się, więc można wykonać masaż ciała, który poprawi ukrwienie. Dodatkowo olejek sprawia, że nie potrzeba już używać balsamu. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam wygładzenie skóry i delikatną redukcję cellulitu. Wiadomo - nie sam to zdziałał, ale jest niezłym dodatkiem do ćwiczeń.
Od siebie dodam, że jeśli miałybyście problemy z przenoszeniem go na ciało to dodajcie odrobinkę do żelu, którego akurat używacie - mamy wtedy sprytne 2w1 :)
Na koniec należy podkreślić, że jest to rozwiązanie tanie - kawa nie musi być z wysokiej półki, a i oliwka babydream do drogich nie należy.
Jedyny minus to bałagan w wannie, ale dla magicznych wręcz właściwości jestem w stanie mu to wybaczyć. Zresztą - wystarczy to potem spłukać strumieniem prysznica i gotowe :)



*Można też po prostu zmieszać kawę z olejkiem, ale ja uwielbiam zapach kawy tak bardzo, że wolę ją w tym olejku z wodą zaparzyć.

Jeśli jeszcze nie próbowałyście - spróbujcie. Naprawdę warto :)
Jakie znacie jeszcze udoskonalenia tego pomysłu?

środa, 16 października 2013

Too hot? Olejek łopianowy z czerwoną papryką Green Pharmacy

Osobiście przepadam za kuchnią indyjską, która jak wiadomo nie stroni od przypraw, a pod wpływem ostrości oczy wychodzą uszami i na tydzień tracimy czucie smaków. Rzadko kiedy nazywam danie "zbyt ostrym" - jeśli już takie jest to do kubka nalewam sobie mleka i dalej zjadam ze smakiem.

Dzisiejszy post jednak nie jest o kuchni, a o olejku, który zawojował blogosferę jakiś czas temu.

Green Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką

>link do KWC<

Producent:
Naturalny olejek łopianowy w połączeniu z naturalnym ekstraktem czerwonej papryki tworzą skuteczny preparat o sprawdzonym wzmacniającym i pobudzającym działaniu na włosy. Dzięki regularnemu stosowaniu olejek wyraźnie wzmacnia osłabione włosy i stymuluje ich wzrost. Czerwona papryka pobudza mikro-cyrkulacje krwi co ułatwia przenikanie dobroczynnych składników oleju łopianowego w głąb cebulek włosowych. Włosy stają się gęstsze, mocniejsze, lśniące i pełne życia. Odpowiedni pielęgnowane dobrze się rozczesują i lepiej układają.

Techniczne:
1. Opakowanie - przypomina trochę ciemne szkło butelek aptecznych, dzięki czemu widać, ile olejku zostało. Natomiast dozownik nadaje się raczej do oleju do smażenia - naprawdę trudno o nalanie małej ilości. Plus za szczelną zakrętkę i akuratną objętość (można chociaż zużyć w odpowiednim czasie).

2. Konsystencja i zapach - olej jest zdecydowanie rzadszy niż np. olej rycynowy przez co łatwiej nanieść go na skórę głowy. Znów przypomina olej do smażenia - tak konsystencją, jak i zapachem.


Moja opinia:
Nie zawarłam swojego standardowego punktu "wydajność". Już śpieszę z tłumaczeniem. A w zasadzie krótką historią naszej znajomości.
Po olejek sięgnęłam w wakacje, był akurat tańszy w Drogerii Natura. A blogosfera kusi, dawno nie używałam niczego pobudzającego wzrost włosów (od olejku rycynowego i pokrzywy zrobiłam sobie przerwę). Zaczęłam używać - średnio raz na dwa tygodnie (jakieś 3 serie z tym olejkiem przeszłam).
Czuć było delikatne mrowienie, myślę sobie - działa! :) Zawsze nakładałam na maksymalnie 30 minut.
I tu powinien nastąpić opis tego, jakie to piękne efekty uzyskałam.
. . .
Ostatnio jednak, kiedy olejowałam włosy jak zwykle przy myciu włosy zaczęły mi wypadać CAŁYMI KOSMYKAMI. Mam wprawdzie problemy z tarczycą, przez co faktycznie mogły mi lecieć włosy, ale wyciągając je z wanny byłam przerażona. Wypadła mi ilość, którą zwykle może uzbierałabym po 3-4 myciach.

Dopiero wieczorem przypomniałam sobie, co zrobiłam... W krótkim odstępie czasu (ostatnio olejuję włosy przed każdym myciem) nałożyłam olejek od Green Pharmacy.
Myślę - niemożliwe...
Do następnego olejowania użyłam swoich sprawdzonych olejów. Włosów zebranych po myciu było o 3/4 mniej.
Możliwe.

Streszczając moją mrożącą krew w żyłach opowieść - olejek łopianowy z czerwoną papryką okazał się dla skóry mojej głowy zwyczajnie za ostry. Nie mam ochoty robić do niego kolejnego podejścia, choćby nie wiem jakie efekty producent obiecywał. Szkoda włosów.

Skład i sposób stosowania:

Tymczasem wracam do pokrzywy i olejku rycynowego - straty trzeba nadrobić, a jesienna pogoda nie ułatwia zadania.

Czy sprawdził się on u Was? 

Po dokładniejszym sprawdzeniu opinii rzuciło mi się w oczy to, jak bardzo są skrajne. Jak wielki blogosfera ma wpływ na człowieka to widać po tym produkcie... i o tym wpływie opowiem następnym razem :)

PS Jeśli jakaś wrocławianka ma ochotę przetestować olejek na własnej skórze to chętnie go oddam. Piszę do wrocławianek, bo zdaje się, że olejek jest na tyle tani, że wysyłka nie będzie opłacalna, a nie lubię wyrzucać dobrych jeszcze kosmetyków.

niedziela, 13 października 2013

Zamiennik "legendy" - odżywka Balea Mango i Aloes

Zapewne wszyscy pamiętają słynną odżywkę Isany z babassu, która nagle została wycofana z Rossmana. Cechowałam się tym, że była tania, łatwo dostępna i działała, może nie cuda, ale na pewno miała dobroczynny wpływ na większość włosów w blogosferze ;)

Będąc pierwszy raz w dm wiedziałam już, że odżywka Isany zniknie z półek, szukałam więc zamiennika. Przejrzałam półki z produktami Balea, bo był niedrogie i można było brać w ciemno bez obawy zmarnowanych pieniędzy.
Wzięłam wtedy wersję kokosową i tą właśnie.
Kokos przypadł mi bardzo do gustu, ale został wymieniony ostatnio na nową wersję. Mango z aloesem wciąż możemy spotkać na półkach. Czy warto zawrzeć bliższą znajomość? Tak!

Balea, Odżywka do włosów  -
mango i aloes

Producent:
Elastyczność, lekkość, jedwabista miękkość i połysk!
Nawilżająca odżywka do włosów Balea Mango + Aloe Vera zapewni im zdrowy blask i elastyczność - od nasady aż po same końce.
Dzięki odżywce włosy łatwo się rozczesują: nawilżająca odżywka Balea Mango + Aloe Vera zapobiega wysuszeniu, odżywia Twoje włosy i wygładza strukturę włosa od zewnątrz.
Suche, zniszczone włosy odzyskują swój blask i sprężystość każdego dnia.
Kompleks witamin B3 i prowitamin B5 odżywia, pielęgnuje i wygładza Twoje włosy.
Szczególnie łagodna formuła bez silikonów.

Techniczne:
1. Opakowanie - proste, wygodne, stojące na zakrętce, z mocnym zapięciem. Jedynym minusem jest fakt, że nie widać ile produktu zostało.


2. Zapach i konsystencja - może odżywka widziała kiedyś mango i postanowiła pachnieć podobnie... W każdym razie zapach jest ładny, dość świeży i delikatny. Utrzymuje się na włosach przez następny dzień. Ciekawostka - wiele razy słyszałam, że włosy mi ładnie pachną kiedy zastosowałam tą odżywkę i nosiłam je potem rozpuszczone :) Konsystencja jest bardzo lekka - porównywalna do Isany.


3. Wydajność - na swoje włosy sięgające połowy pleców (wcześniej były do pasa, ale jak wspominałam trochę "poszło" :) zużywam ilość wielkości orzecha włoskiego. Używam jej praktycznie co mycie (raz na dwa-trzy dni). W takim układzie wystarcza na około 1,5 do 2 miesięcy, co jak dla mnie jest świetną wydajnością.

Moja opinia:
Odżywka kosztowała grosze (€0,65), więc pomyślałam, że spróbuję, jak będzie słaba to nic nie tracę.
Tymczasem - odżywka jest lekka, ale dobrze wygładza włosy, nie obciąża, ułatwia rozczesywanie - włosom przestało być straszne splątanie po szamponie babydream :). Jest wręcz stworzona do codziennego stosowania. Nie zawiera silikonu. Nie ma co spodziewać się po niej silnie nawilżającego działania (działa słabiej niż odżywka z kokosem), ale i tak ją lubię. Do tego stopnia, że zużywam już drugie opakowanie i wiem, że gdy następnym razem będę w dm-ie, na pewno kupię następne opakowanie :)

Skład dla zainteresowanych (tytułowe mango i aloes na szarym końcu niestety...):

Używacie odżywki po każdym myciu włosów? Macie już swoich ulubieńców? :)

środa, 9 października 2013

Jesienno-zimowy sezon lakierowy

Witajcie!
Październik w końcu postanowił nas rozpieścić pogodą, tak, że aż żal cały dzień spędzać w budynku, na zajęciach.


Jeśli dawniej myślałam, że lakiery wybieram niezależnie od pory roku to byłam w błędzie - jaskrawe kolory schowałam już do drugiej szufladki, robiąc miejsce kolorom przygotowanym na ten sezon. Być może zdarzy mi się sięgnąć po mocniejszy kolor, ale najczęściej używać będę na pewno tych :)

1. NUDZIAKI - idealne na cały rok. Tym razem stanowią najliczniejszą grupę, bo trochę mi ich przybyło w ostatnim czasie. Są uniwersalne i nie rzucają się w oczy, przez co nosiłam je też w wakacje do pracy.

Beżowe (od lewej):
Essence - Nude glam - 01 hazelnut cream pie (mój idealny nudziak, niestety wycofany :( )
Vollare - Aisha 25
Rimmel - 60 seconds - 200 Princess pink
Vollare - Colorado (kolor się starł)

Różowe:
Wibo - Gel like - Peaches and cream
Rimmel - Salon Pro - 227 New Romantic
Rimmel - Salon Pro - 247 Isn`t she precious?


2. ISKIERKI - to lakiery, których używam zwykle tylko w tym sezonie. Chociaż nie ukrywam, że róż ze złotymi drobinkami skradł moje serce już wcześniej, szczególnie w połączeniu z Oleskowym lakierem.

Lovely - Moulin Rouge - 01
Essence - Vampire`s love - Into the dark
Essence - Vampire`s love - True love
Lovely - Gloss like gel - 101


3. NASYCONE KOLOREM - wykończenie kremowe i kolor, który przykuwa uwagę. Na pewno soczysta fiolet w odcieniu ciepłym i chłodniejszym, szafirowy (mój ulubiony!) i klasyczna czerwień. Mięta? Może też :)

Vollare - Aisha 392
Wibo - Express growth 177
Joko - Corriander green
Rimmel - Salon Pro - 500 Peppermint
Rimmel - Salon Pro - 703 Rock`n`roll

Miałam jeszcze zdjęcie pięknego lakieru od Hean (widoczny na zdjęciu ogólnym), ale mój aparat gdzieś je podział. W związku z tym dostanie mu się osobny wpis :)

Jakie kolory wybieracie na tą jesień? Może jest jakiś, po który sięgacie szczególnie często?

poniedziałek, 7 października 2013

Czerwień na co dzień? Dlaczego nie! - Super stay tint Maybelline

Dziękuję za ciepła przyjęcie - jesteście wspaniałe :) Zanim pokażę ubrania muszę je trochę ogarnąć (wyprasować na przykład...), więc o nich innym razem. Tym razem o produkcie, do którego recenzji zabieram się chyba trzeci raz.

Maybelline, SuperStay 10H Tint Gloss

Producent:
Długotrwały, nowy zmysłowy efekt i nowy sposób aplikacji - oto zupełnie nowy świat w kategorii długotrwałego efektu na ustach. Ekskluzywny SuperStay 10H Tint Gloss oferuje trwałość flamastra do ust oraz wyjątkowy połysk błyszczyku, aby zapewnić efekt, jakiego do tej pory nie było przez 10 godzin!
Dostępny w 8 odcieniach.



Techniczne:
1. Opakowanie - mieści 10,5ml produktu, ma opływowe kształty, kolor zakrętki odpowiada kolorowi produktu. Aplikator to gąbeczka z dziurką pośrodku na nadmiar produktu, jest bardzo precyzyjny i wygodny. Opakowanie posiada dodatkowo uszczelkę, która ogranicza ilość nabieranego produktu. Ogólnie - na plus. 



2. Kolor - próżno szukać "nudziaków". Kiedy go kupowałam był to najintensywniejszy kolor w mojej kosmetyczce (410 Forever coral). Jest to raczej ciepła (w końcu koralowa) czerwień - uwaga, potrafi podkreślić żółty odcień zębów.

3. Smak i zapach - smak może nie jest przyjemny, ale za to pachnie fantastycznie, nieco sztucznie, lekko słodko. 


4. Trwałość - obiecywane 10 godzin to oczywiście przesada. Mocny kolor trzyma się do pierwszego posiłku. Potem nieco blednie i staje się czerwienią bardziej uniwersalną. Ostatecznie schodzi z warg po około 4 godzinach (ze skóry dłoni jeszcze później ;)).

Moja opinia:
Na co dzień wolę malować oczy. Ale bywają takie dni, kiedy szybciej jest użyć czegoś do ust - "robi" cały makijaż. Jedna warstwa produktu nie wzbudzi żadnych zastrzeżeń nawet na co dzień, dwie warstwy robią się już bardziej wyzywające. 
Trzeba mu dać chwilę, aby zasechł na ustach - to cały sekret tego, że wytrzymuje tak długo na ustach.
Co może być minusem? Cena - regularna jest dość wysoka (ok. 30zł) i tylko intensywne kolory - potrzeba odwagi ;)

Tak prezentuje się na ustach - po lewej jedna warstwa, po prawej dwie.



Wybaczcie stan mojej cery, tak wygląda bez grama korektora, podkładu i pudru (i ogólnie czegokolwiek poza tuszem do rzęs i tintem). Mam z nią ostatnio pewne problemy związane ze zmianą wody i hormonami. Ale dążę do wyleczenia, więc miejmy nadzieję, że się poprawi.

Tint z Maybelline ma oczywiście nieco tańsze odpowiedniki, ale ani z Bell, ani z Eveline nie byłam w stanie dobrać sobie odpowiedniego koloru, wszystkie były jakby zbyt neonowe.
O! Zapomniałam dodać, że tinty mają tendencję do wysuszania ust - przy tym egzemplarzu nie jest to jednak jakoś szczególnie uciążliwe.

Używałyście? Może wolicie jednak klasyczne pomadki i błyszczyki?

niedziela, 6 października 2013

Dlaczego zniknęłam i czy wracam.

Witajcie!
Po raz kolejny zniknęłam na bardzo długi czas - chyba najdłuższy od kiedy prowadzę bloga. Dlaczego?

Po pierwsze - wyjazd w Tatry - nie lubię publikować postów automatycznie, zdecydowanie bardziej wolę pisać dla Was na bieżąco, dorzucać coś od siebie z konkretnego dnia...

Po drugie - kosmetyczny minimalizm. Od początku wakacji używam jakieś 50% kosmetyków mniej niż przed wakacjami. Spowodowane jest to głównie tym, że nie chciałam zwozić wszystkich kosmetyków z Wrocławia do domu, a i w domu bywałam mało (kosmetyki, które zabierałam w podróż były sprawdzone i dawno na blogu opisane).

Po trzecie - realizacja mojego postanowienia noworocznego, aby wydawać więcej pieniędzy na ubrania niż na kosmetyki idzie mi wręcz idealnie - od początku wakacji wydałam w drogerii może 50zł wszystkiego razem i kolejne 50 po przeliczeniu na złotówki w dm-ie. Dlatego też nie ma u mnie żadnych nowości (chyba, że chcecie czytać też o łowach ubraniowych - wtedy zdecydowanie jest o czym pisać ;))

Po czwarte - problemy z aparatem. Od tego się zaczęło. A pomimo tego, że aparat wrócił już z serwisu pokutuje we mnie przekonanie, że "opracowanie" zdjęć zajmie mi dużo czasu.

Po piąte - ludzie. Przekonałam się, że każdą wolną chwilę uwielbiam spędzać z ludźmi, więc rzadko bywam przy komputerze. Poza tym oglądałam też serial i czytałam ile wlezie.

Po szóste - zaczęły się studia. O ile teraz mam jeszcze chwilę żeby coś napisać, to wiem, że później znów będzie z tym ciężko, bo drugi rok medycyny zapowiada się naprawdę hardcorowo ;)

Po siódme - problemy osobiste (wyszło inaczej niż myślałam, ale może to i lepiej...).

Mówią, że tylko winny się tłumaczy.
Dlatego też biorę się za eksperyment. Spróbuję publikować przynajmniej trzy posty w tygodniu przez miesiąc. Jeśli nie uda mi się tego postanowienia zrealizować to znak, że czas się pożegnać...
Ale może się też udać ;)
Tymczasem jestem z Wami cały czas - czytam każdy komentarz i sama wróciłam do komentowania.

Co z tego wyjdzie - zobaczymy za miesiąc.
Trzymajcie się ciepło!

PS Pomimo mojego tłumaczenia się - niczego nie żałuję, a nawet ośmielę się stwierdzić, że jestem teraz bardzo szczęśliwym człowiekiem :D

niedziela, 1 września 2013

Oczyszczanie i tonizowanie twarzy - droga do minimalizmu

Kosmetyki do pielęgnacji twarzy stanowią chyba najmniej liczną grupę w moich "zbiorach". Najogólniej - coś do demakijażu oczu, coś do mycia twarzy, coś do tonizowania i krem. Demakijaż i tonizowanie łączą czasem płyny micelarne, poza tym zwykle mam po jednym kosmetyku z danej kategorii.
Ale dzisiaj zauważyłam, że produktów do tonizowania mam trzy. Dlaczego tak? Zapraszam na porównanie :)


BeBeauty, Płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu.

Zaczęło się od wielkiego boom na temat płynu micelarnego z BeBeauty. W zasadzie na tym mogłabym zakończyć, bo chyba nie ma blogerki, która o nim nie słyszała. Liczyłam na to, że będzie dobrym zamiennikiem Biodermy.
Owszem, zmywa makijaż, ale niedokładnie, stosowany regularnie uwrażliwia mi oczy. Pieni się na waciku, a zastosowany na skórę całej twarzy zostawia nieprzyjemny film, który mam ochotę spłukać wodą. Ponad to nie przepadam za tą formą dozownika. Kupiłam dwie butelki, pierwszą już skończyłam, drugą zabieram na wyjazdy - w proporcji 1:1 z Biodermą - taki mix sprawdza się u mnie najlepiej i w takiej formie jestem w stanie go zużyć.







Lirene Dermoprogram, Selected from Nature, Bioaktywny tonik kondycjonująco - rozjaśniający

Skoro powyższy płyn nie sprawdził się w roli toniku z szuflady wyciągnęłam dawno temu kupiony tonik z Lirene. Był w "cenie na do widzenia", więc nie doczekał się osobnej recenzji. Zużyłam i już zaczynałam żałować, że nie wzięłam więcej. Tonik świetnie oczyszcza i odświeża skórę, pozostawia ją przyjemnie nawilżoną. Ładnie pachnie, uspokaja cerę, może być dodawany do glinek, jest wydajny. Jego minusem jest dostępność i skład, który jest długi i naszpikowany chemią. Ku mojemu zaskoczeniu (kiedy już odżałowałam) znalazłam go w zeszłym tygodniu w Naturze w cenie 6,99zł za butelkę. Jak łatwo się domyślić - wzięłam dwie ;)






Eva Natura Herbal Garden, Tonik do twarzy pielęgnacyjny z ekstraktem z czerwonej koniczyny

W międzyczasie zdążyłam kupić tonik Herbal Garden - skuszona pozytywnymi opiniami. Owszem, oczyszcza skórę i tonizuje, pozostawia lekki film. Pachnie łąką (świeżo skoszoną trawą :D), co też nie do końca mi odpowiada. Jest średnio wydajny. W zasadzie równie dobrze mogłabym go nie używać i efekt byłby podobny. Kupiłam, zużyję bez problemu, ale więcej po niego nie sięgnę.












Ale były wyjazdy, a o ile nie używam wrocławskiej wody, bez toniku mogę się obejść. Za to już nie wyobrażam sobie pielęgnacji twarzy bez pewnego maleństwa. A mowa tu o mydełku Aleppo.


Wygrałam je w rozdaniu. Ma zaledwie 5% oleju laurowego, a mimo to działa cuda. Używam go codziennie od połowy lipca i już nie pamiętam kiedy pokazał mi się na twarzy jakikolwiek pryszcz, jedyne co to czasem zdarzają się podskórne gulki - wyczuwalne tylko palpacyjnie. Cera jest czysta, że aż skrzypi :) Ponadto jest małe, lekkie i nie wyleje się w kosmetyczce, więc idealne także do podróży. Gdy skończę tą sztukę planuję spróbować większego stężenia - może wtedy cera będzie już idealna :)

Kiedy wrócę na studia rozszerzę nieco pielęgnację m.in. o płyn dwufazowy do oczu i glinki. Na razie jednak wersja minimum na lato sprawdza się idealnie.

A czym Wy lubicie oczyszczać i tonizować twarz? :)

Zobacz też

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...